Blog
Z obu stron barykady
Robert Bogdański
Robert Bogdański dziennikarz
4 obserwujących 59 notek 143203 odsłony
Robert Bogdański, 12 marca 2017 r.

Męczeństwo z perspektywy kinowego fotela

1273 7 0 A A A

W języku angielskim jest takie słowo: „churchgoer”, co na polski można przetłumaczyć jako „uczęszczający do kościoła”. W jakimś sensie pokazuje ono rozdzielenie wiary i zwyczaju. Przecież zwyczaj „chodzenia do kościoła” niekoniecznie musi oznaczać głęboką wiarę, a często właśnie jej nie oznacza. Ludzie pojawiający się w kościele czynią to w wielu przypadkach dla zadośćuczynienia zwyczajowi, dla podtrzymania tradycji albo by nie zawieść bliskich, liczących na to, że obecność zamieni się w duchowość.

Wiara dla „uczęszczaczy” jest na tyle mało istotna, że jej zamanifestowanie nie ujmuje nic z ich ustalonego poglądu na świat, ale jednocześnie na tyle ważna, że należy ją w jakiś sposób wziąć pod uwagę. Jest zawieszona w duchowej próżni.

Film „Milczenie” Martina Scorsese poleciłbym przede wszystkim takim ludziom. Stawiającym się do kościoła na msze żałobne i ślubne, „katolikom koszyczkowym”, którzy bywają tam raz w roku na święcenie pokarmów w Wielką Sobotę. Tym, którzy nie chcą sprawić przykrości babci. Co, rzecz prosta, nie znaczy, że głębiej wierzący wyjdą z kina obojętni, bo oni wiedzą w dziedzinie religijnej wszystko. Przeciwnie! To jest film, który traktuje o tym, że wiara kosztuje, a czyni to bez cienia dydaktyzmu i poczucia wyższości. Bez sugerowania, że „wtajemniczeni” są ludźmi lepszymi. Odziera z tego, co zewnętrzne.

Podeptanie wizerunku Chrystusa, które oznacza akt wyrzeczenia się wiary, przedstawiane jest przez wymagających go japońskich urzędników jako coś mało istotnego, jako nieledwie formalność oznaczająca li tylko akt lojalności wobec prawowitej władzy. A jednocześnie ta formalność wyznacza granicę między życiem a śmiercią. Okrutną śmiercią.

Katolik, któremu wydaje się, że wierzy głęboko, patrzy z przerażeniem na męczarnie ludzi, którzy nie zdecydowali się na spełnienie owej formalności. Zadaje sobie nieuchronnie pytanie: ile warta byłaby moja wiara, w obliczu takiej próby? I kim byłbym, gdybym zdecydował się podporządkować władzy i podeptać obraz tak mi teraz drogi?

„Churchgoer” staje przed pytaniem podobnym, choć pozornie jego sytuacja jest łatwiejsza, bo przecież reprezentuje wiarę niegłęboką, raczej rytualną, a uczynki spełnia głownie na pokaz. Tymczasem tu na pokaz trzeba zrobić coś odwrotnego niż zwykle. Nie uklęknąć, ale splunąć. Czy jest mu łatwiej? Pozornie tak, ale pytanie o to, kim będzie po spełnieniu „formalności” jest równie zasadne w jego przypadku, jak w przypadku człowieka żywej wiary.

Diabelski system stworzony przez XVII-wiecznych japońskich urzędników był nieubłagany. Śmierć przez ścięcie ostrym mieczem była w nim niczym łaska. Urzędnicy doskonale potrafili rozpoznać, kogo można złamać przez zadanie cierpienia jemu, kogo przez pokazywanie mu cierpienia innych i sugerowanie, że cierpią przez niego, a kogo należy po prostu zabić.

Taki los spotyka trzech księży, którzy są bohaterami filmu. Jeden z nich ugina się pod okrutną torturą, drugi nie może znieść torturowania wieśniaków, którym służył jako kapłan, a trzeci ginie usiłując ratować ludzi wydanych na śmierć.

Apostazja i czynna współpraca z władzami w zwalczaniu chrześcijan i tropieniu chrześcijańskich symboli, albo śmierć. Taka jest jedyna możliwa alternatywa w tym świecie, choć może należałoby pójść nieco dalej. Apostaci bowiem tracą duszę. Rana po wyrzeczeniu się czegoś, za co – jak im się wydawało – byli gotowi umierać, jest tak bolesna, że niemożliwa do zabliźnienia. Ale też od razu pojawia się refleksja, że taką ranę może też wywołać wyrzeczenie się całkiem niereligijnego ideału. Takiego, który zapewne byłby bliższy „churchgoerowi”.

Rozmowy dwu byłych księży zatrudnionych przy sortowaniu przedmiotów wwożonych do Japonii przez kupców na przedmioty mające jakieś znaczenie religijne i przedmioty religijnie neutralne, żywo przypomniały mi ostatnią rozmowę Winstona Smitha z jego ukochaną Julią z orwellowskiego „1984”. Dawni kochankowie obojętnym głosem oznajmiają sobie wzajemnie, że się siebie wyrzekli i idą każde w swoją stronę pozbawieni jakichkolwiek uczuć. Podobnie pozbawione uczuć wydały mi się głosy i spojrzenia obu dawnych misjonarzy gawędzących nad kupką przedmiotów, z których wydobywali te ze znakiem krzyża, któremu dawniej chcieli poświęcać życie.

W istocie diabelska maszyna, w jaką dostali się oni i japońscy wieśniacy, którym przynieśli wiarę w Chrystusa, pozostawiała tylko taką alternatywę: śmierć, lub utrata duszy. Ta alternatywa jest ważna niezależnie od tego, czy przed próbą staje gorliwy wierny, czy churchgoer. Zdrada będzie zdradą, a pierwotna gorliwość w wierze, paradoksalnie może ją nawet wzmocnić.

Wyobrażenie sobie, że samemu staje się przed tym straszliwym mechanizmem, pomaga uwolnić swoją wiarę z duchowej próżni. Pomaga odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jest ona istotna, czy też nie. Bo dziś nie stoimy przed oddziałem oprawców, który ma nas bez reszty w swej mocy. Możemy wybierać bez obawy. Ale czy to czynimy?




Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Tematy w dziale Kultura